20170115

2016: tl;dr

Spałam trzy godziny i mam fatalny humor. Więc to idealny czas by podsumować miniony rok, bo podobno dobrze jest w ten sposób zacząć nowy etap w życiu. Albo przynajmniej nowy rok. Nieważne, czas jest przecież i tak względny.

W moim małym, osobistym wydaniu rok 2016 nie był tak dramatyczny jak widział go cały świat. Właściwie ten rok głównie był. Jakiś. I chyba powoli godzę się z faktem, że teraz coraz bardziej mijające lata będą jakieś. Tylko. A może i aż, kto to wie.

Styczeń rozpoczął się zaskakująco miło sylwestrem, który należał do tych skromniejszych i cichszych. W otoczeniu znajomych znajomych spędziłam chyba najlepszy początek roku w życiu. Nie najgorzej. Kilka dni później (dokładnie siódmego) stałam się szczęśliwą posiadaczką karty Beactive. I zaczęłam chodzić na siłownię. Tak. Ja. Jeżeli czegoś o mnie możecie nie wiedzieć to to, że jedną z moich największych traum życiowych były lekcje wfu. Więc w styczniu spędziłam 19 godzin w Calypso, wstydząc się za swoje chude i długie ciało, które nie umie się ruszać. Był to też miesiąc, w którym mojego smartfona zalała wilgoć na parapecie, moja koleżanka przeprowadziła się do Gdańska i okazało się, że właściwie dziwna ta nasza relacja oraz zaliczyłam sesję.

W lutym były ferie. Wyjechałam na trochę do Lublina po drodze zahaczając o Warszawę. Głównie po to, żeby zakochać się w Wojciechu Zameczniku. Jego pracach znaczy się. I kościach policzkowych trochę też. Zaczęłam projektować rodzicom nowy salon, poszłam na koncert zespołu na K. z dość przypadkową koleżanką, mój telefon nadal był zalany. Pojechałam do Ostródy i zrobiłam sobie dziwną szramę, którą mam do dziś. Szkoda, wolałabym nie pamiętać tego wyjazdu. Próbowałam też dostać pracę. Nie udało się, za co do dziś dziękuję losowi. Na koniec miesiąca znów wylądowałam w Warszawie i dowiedziałam się, że moja koleżanka planuje ślub. Miesiąc zakończyłam będąc w szoku.

W marcu do naszego mieszkania wprowadził się drugi królik. Najpierw myśleliśmy, że jest ofiarą i Stary go dręczy, później okazało się, że jest odwrotnie. W tym miesiącu odebrałam też w końcu mój dyplom, więc mogłam pochwalić się wszystkim swoimi super tytułami. Czego oczywiście nie zrobiłam. Poszłam na badania, nie dostałam wymarzonych praktyk i dostałam pracę. W miejscu, w którym wcześniej praktykowałam i lamentowałam. Zaczęło mi się wydawać, że być może wszystko zaczyna zmierzać w dobrym kierunku.

Kwiecień upłynął mi na miotaniu się między szkołą a pracą, Mało było pośród tego siłowni. Znów pojechałam do Warszawy, zobaczyłam Kiasmos na żywo i moje życie na półtorej godziny stało się piękne. Nie załatwiłam praktyk, wymyśliłam (brzydkie) logo dla nieistniejącego bloga. Bez większych emocji.

Maj. Wyczekiwana Wojna Bohaterów i jasno wyrażona opinia, że Zimowy Żołnierz był lepszy. Wtedy też pierwszy raz sama poszłam do kina. Może to i dobrze, nie musiałam się wstydzić, że wydałam pieniądze na ostatnich X-menów. Dużo tych superbohaterów. W realnym świecie nadal krążyłam między pracą i szkołą, byłam zmęczona i bolały mnie mięśnie. Za największe osiągnięcie możemy uznać "zwalczenie szerszenia" czyli moment, kiedy potrzebowaliśmy w biurze mężczyzny i padło na mnie.

W czerwcu zdałam jakieś egzaminy, a na zajęciach z jogi usłyszałam, że tak długo już na nie chodzę, że powinnam umieć stanąć na głowie. Nie umiem. To był ostatni raz, kiedy widziałam tamtą instruktorkę. Ponadto: Open'er. Powrót do przeszłości i odkrycie, że spanie we własnym łóżku zamiast na polu namiotowym to jest fantastyczna sprawa.

Pierwsze dwa dni lipca to dalej festiwal i dalej miłość do łóżka. Tuż po nim nastąpił rekordowy szesnastogodzinny dzień pracy, a po nim kolejne dni z nadgodzinami. Była tylko praca i praca, czasem trochę plaży w weekendy i sobotnie dwugodzinne treningi w kameralnych grupach. Oraz nowa znajomość z pracy, dużo piwa, wina i dobrego jedzenia. Wakacje. W tym miesiącu dostałam też ustne wypowiedzenie ustnej umowy wynajmu. Zbliżał się koniec pewnej ery w moim życiu, który zapowiadał rzewne zakończenie i wiele pięknych wspomnień. Oczywiście skończyło się tak, że nikt nie chce o tym pamiętać.

Sierpień stał pod znakiem poszukiwań mieszkania. Początkowo bardzo nieskutecznych. Miałam też próbę wakacyjną - weekendowy Berlin nie był jednak dobrym pomysłem, wróciłam bardziej zmęczona i w gorszym nastroju niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Na koniec miesiąca mieszkanie udało się jednak znaleźć. Zupełnym fartem, w miejscu, którego nikt nie planował. W najlepszym miejscu jakie mogło mi się przytrafić. Ostatniego dnia Kiss me Kate i przeprowadzka na wariackich papierach po tym, jak dość brutalnie wypowiedziano "to nie wynosisz się dzisiaj?".

Wrzesień to tydzień życia na poprzeprowadzkowym kompletnym śmietniku, brak czasu na cokolwiek oraz nadgodziny, nadgodziny i nadgodziny. To też zatrucie pokarmowe w urodziny, no właśnie - urodziny, spóźniony tort w domu i Jak zostać kotem czyli film, na którym z Tatą i Siostrą wyraźnie zawyżaliśmy średnią wieku, a ja bawiłam się świetnie. To jeszcze wycieczki, które planowałam przez sześć lat: tramwaj wodny i Westerplatte oraz Hel i pożegnanie z najlepszą Szczecinianką na świecie. Knajpy, knajpy i Gonciarz w Proto. No i niefortunny wyjazd do Warszawy.

W październiku znów zaczęłam krążyć między pracą a szkołą powoli dostając kręćka. Załapałam się na branżową imprezę z koncertem Julii Marcell, pierwszy raz w życiu wybrałam się do innego fryzjera niż ten rodzinny i nie załatwiłam nowego konta bankowego. Narracje nastąpiły za wcześnie.

W listopadzie atmosfera zaczęła się zagęszczać - koniec roku to w pracy trudny okres. W szkole też. W życiu też. Brakowało czasu i energii, a ja wcale nie cieszyłam się, że melancholijny miesiąc w końcu nadszedł. Nie lubię ciemności i zimna, nie wiem co u diabła myślałam sobie w lecie. Znów byłam w Warszawie. Zaczęłam chodzić na power pump. Kazali mi energicznie machać sztangą, a ja po godzinie z najmniejszym możliwym obciążeniem przez tydzień byłam obolała.

Grudzień był dla mnie miesiącem rozjazdów. Dwa weekendy w domu, dwa w Gdańsku, jeden w Warszawie. Ale udało się. Udało mi się też ruszyć magisterkę, choć nie, nic nie napisałam. Pracowałam, uczyłam się i trochę przez przypadek trafiłam do sporego grona osób, które chcą pisać do siebie listy. Dostałam jeden, wysłałam dwa. Chwilę wcześniej przeżyłam najpoważniejszy atak paniki w życiu i odkryłam, że w skrajnie stresowych momentach jestem w stanie podrapać twarz aż do krwi i nabić kilka bolesnych siniaków pięściami. Sobie samej. Siebie samą.  A później nie potrafić nikomu o tym powiedzieć i zrzucić winę na kota. W kalendarzu zapisałam "Strong is the new pretty". Rok skończyłam w mieszkaniu, siedząc z przyjaciółką nad puzzlami i pizzą. Północ i fajerwerki już na dworze, na Górze Gradowej. Polecam

Przeczytałam 21 książek, obejrzałam 32 filmy i 9 seriali.

Nie ogarnęłam się. Odkreślam wszystko grubą kreską i zaczynam od nowa.

20160522

urywki #8

8:10. Po drugiej stronie korytarza siedzi facet z czteropakiem żubra. Jedna puszka jest już otwarta i towarzyszy mu w porannej przejażdżce skmką. Razem z Metrem, średniej wielkości torbą podróżną i niezwykle ważną rozmową telefoniczną.


O 11:42 kończyłam jeść burgera z kurczakiem i zapijać go nie słodzoną kawą. Żołądek zacisnął mi sie na tym nieciekawym posiłku, zrobiło mi się nieprzyjemnie gorąco. Pod skó czułam to samo, jak gdy czytałam prawdziwe historie Springera o czyścicielach kamienic. Pół godziny później skończyłam czytać Instytut Żulczyka, chciałam schować się najgłębiej jak się da. 
Wierzę w te wszystkie straszne historie. Cała przerażająca fikcja, o ile pozbawiona elementów nadprzyrodzonych w formie mutantów i geniuszy-miliarderów-playboyów-filantropów, zawsze wydaje mi się możliwa. Najwyraźniej widzę w ludziach przede wszystkim zło. 


Jest 17:02, a ja mam poważny atak paniki. W skmce kończy się powietrze, ci inni siedzą za blisko, nie mogę oddychać. Godzinę temu szef z piekła rodem, używając tonu nie znoszącego odmowy, zapytał, czy zrobię coś dla niego jutro rano. Udało mi się przepracować półtora miesiąca nie zwracając na siebie jego uwagi. Idylla nie mogła trwać wiecznie. 


7:00. NIE 


O 0:33 sezon weekendowych prywatek balkonowych jest w pełni. W promieniu kilkuset metrów słychać, że ich jest ten kawałek podłogi. Z którego roku to piosenka? W dalszym ciągu zamierzam bawić się w #CoZaśpiewaFassbender, udam że nie widziałam tego filmu, który powodował u mnie facepalm za facepalmem i był o krok od przepchnięcia mnie do #TeamIroan. Bo akurat MCU forever.


O 12:58 do mojej skrzynki odbiorczej dotarła wiadomość niemalże od zaświatów. Moje najbliższe erazmusowe koleżanki postanowiły mi o sobie przypomnieć, a ja po raz pierwszy w życiu nie poczułam zazdrości kującej w serce. Trochę ulga, trochę akceptacja, trochę lato i słońce.

____________________________________________________________


Żyję. Chodzę do pracy, na uczelnię, bujam się po restauracjach, siłowniach i centrach handlowych. Oglądam filmy, które wielu moich znajomych określa jako "nie dla dziewczyn", ewentualnie "komercja" czy "głupota". Czytam książki, których nie ma w sylabusie, ale za to każda kolejna strona mnie cieszy. Latem zawsze odżywam, noszę kolory i miewam ochotę, by opuścić własny pokój. A mimo to złapałam się ostatnio na myśli, że fajnie byłoby, gdyby przyszedł listopad. Czyżbym aż tak bardzo tęskniła za melancholijną mną? Nie wiem. Wiem tylko, że puenty brak.

20160315

urywki #7

Pobawmy się w dorosłość.

_______________________________________________


Od ponad tygodnia moja lista rzeczy do zrobienia zamyka się w trzech punktach. Wyślij mejla w sprawie: 1/ praktyk; 2/ seminarium; 3/ pracy. Już przy pierwszej wiadomości zaliczyłam wpadkę, kiedy w magiczny sposób część zdania z wiadomości zniknęła dokładnie w momencie, w którym nacisnęłam przycisk wyślij. I w ten sposób pozbawiłam się praktyk, no bo kto rozsądny odpisze dziewczęciu, które nie jest w stanie wykonać czynności tak prostej, jak wysłanie kompletnego mejla.
Drugi chyba poszedł mi lepiej. Podłączyłam go pod wcześniejszy wątek, zapytałam o niewygodną zmianę tematu i tym razem nie usunęłam połowy tekstu.
Trzeci przyszedł w największych bólach. Bo w dalszym ciągu nie wiem w jaki sposób zwracać się do dwa razy starszego ode mnie człowieka, który nalegał na popularne ty, bo przecież całe biuro pozostaje w bliskich stosunkach. Przynajmniej w teorii. W praktyce zaczęłam od neutralnego dzień dobry, grzeczne zapytania zamknęłam w jak najbardziej bezosobowych zdaniach, a na zakończenie dodałam jakże ciepłe pozdrawiam serdecznie. Pech chciał, że postanowiłam upewnić się, czy ogłoszenie nadal wisi. Oczywiście, że zniknęło, a ja, oczywiście, wiadomość wysłałam.

Nie odbiorę poczty przez najbliższy tydzień. Przestałam być odporna na odmowy.

_______________________________________________


Pani minister przekonała mnie, że napisanie magisterki to swego rodzaju krok w dorosłość. Dobra praca wymaga dojrzałości i świadomej decyzji o tym, że naprawdę chce się ją napisać. Że po niej należy żyć dalej i bardziej. Już tak zupełnie na serio. Chwilami przeraża mnie ta kobieta, nie tylko dlatego, że potrafi zmieszać człowieka z błotem i mieć zupełną rację. Także dlatego, że nawet jej powieka nie drgnie, kiedy prezentująca swój temat magisterski dziewczyna, czyta tekst z kartki i nie ma zielonego pojęcia o czym mówi. Wtedy właśnie myślę, że dziwnie być człowiekiem, gdzie każdy, na każdym kroku, zaprzecza samemu sobie. I nie widzi w tym żadnego problemu.

_______________________________________________


Najrozsądniej byłoby wybiec i już nigdy nie wrócić.

20160311

urywki #6

Moja przyjaciółka wyliczyła dziś, że wystarczyłoby żeby mężczyźni inwestowali w kobiety sześć złotych rocznie, Tulipan na walentynki, dzień kobiet i urodziny. Równowartość połowy paczki fajek. Połowy piwa na mieście. Tak bardzo chciałbym, żeby wróciła jutro do domu z bukietem w ręku. Szczęśliwa.


Chciałam być dziś miła dla ludzi, więc widząc przez wizjer sąsiada z dołu - wpuściłam. Chciał wydrukować badania. Znałam chłopaka tylko z widzenia, więcej opowiedzieli mi współlokatorzy, choć sam swoje trzy grosze też dorzucił. Nikt jednak nie przewidział, że po trzech minutach znajomości poprzetykanej trzema zdaniami zapyta, czy mam chłopaka. Oczywiście chwilę później drukarka wciągnęła kilka kartek, zacięła się, a ja nie mogłam sobie z nią poradzić. Chłopak uciekł i zostawił mnie samą z zepsutym i cudzym sprzętem. Jak zwykle więc zostałam bohaterem w swoim domu rozebrałam drukarkę i odebrałam jej pożarte kartki. Sprzątnęłam bałagan, powtykałam kable i obudowy na miejsce i pomyślałam sobie, że to wszystko to jest jakiś pieprzony żart. Właśnie dlatego nie mam narzeczonego, babciu.


Moment, w którym będę musiała wybrać imię dla własnego dziecka, będzie najprawdopodobniej tym, kiedy przeżyję największe załamanie nerwowe. Próbuję wybrać nazwę dla "nowego" bloga. Tortury. Założyłam już dwa adresy, a jeśli dobrze pójdzie powstanie i trzeci. Na każdym zawiśnie jeden post mówiący, że "strona w budowie", a za kilka lat najzwyczajniej odpłyną w niebyt. Ktoś tylko wścieknie się odrobinę, kiedy odkryje, że ta konkretna nazwa jest już zajęta, choć nigdy tak naprawdę nie była używana. Wybieram więc nazwy, decyduję się, zmieniam decyzje, próbuję wrócić do tych starych, żałuję, olewam, rolerkoster uczuć. Dobrze, że na dzieciaka widoków nie mam.


Dotarło do mnie, że od ponad tygodnia nie robię właściwie nic. Czasem ścielę łóżko, wstawiam pranie, idę na zakupy, zaglądam na siłownię. Mój pęd do robienia czegokolwiek, do zmieniania i ulepszania, upadł. Był padł, nie rusza się, koniec. Ostatni zryw poszukiwania pracy skończył się w momencie, kiedy odkryłam, że pojawiła się możliwość powrotu do miejsca moich lipcowych kaźni. Nie chcę. No ale chyba jednak muszę.

20160208

urywki #5

Chłopak przeprowadził się do Warszawy. Praca, rozwój, opuszczenie komfort zony. Prędzej czy później wszyscy się tam przeprowadzimy. Jeden z pierwszych komentarzy na fejsie: pewnie żony szukasz w stolycy. Bo po pierwsze: musi być małżeństwo.

Przeczytałam 13 pięter. Nigdy tak bardzo nie chciałam żeby jakaś książka już się skończyła. Wszystko przez głupie postanowienie, że przeczytam wszystko to, co czytać zaczęłam, bo stos książek zaczętych przebił dziesiątkę. Więc doczytałam. Nie miałam ochoty płakać, chciałam za to biec przed siebie, uciec, zniknąć. Wersją bardziej prawdopodobną wydało mi się jednak zwymiotowanie całej dramatycznej wiedzy, którą przyswoiłam, jednak i to nie doszło do skutku. Było mi najgorzej. Bo po drugie: musi być kredyt.

Szczęśliwie w ostatnim tygodniu nie padło ani jedno pytanie o to, kiedy prawnuki. Było miło, rodzinnie i spokojnie. Odwiedziłam przeszłość i przyszłość w jednym, po raz kolejny przekonałam się, że choć rodziny się nie wybiera, to dobrze jest, kiedy zostaje wybrana. By spędzać z nią czas, wspominać i uczyć się siebie. Czasem jednak padnie niewygodne pytanie, bo po trzecie: muszą być dzieci.

Przeraża mnie świat, który mnie otacza. Trzy filary dorosłości, z których żaden mnie nie dotyczy i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek mnie dopadł. Choć kiedykolwiek to może i nie jest najlepsze słowo. Zamieńmy je więc na w najbliższym czasie i zadajmy pytanie. Dlaczego nikt nie kojarzy dorosłości z byciem po prostu dobrym człowiekiem. A może mieszamy tu jakieś pojęcia.

____________________________________________________________________


Mam straszny mętlik w głowie. Tydzień w oderwaniu od rzeczywistości okupiłam twardym powrotem do świata mediów społecznościowych. Wow, odkryłam Amerykę, zauważyłam udawany blichtr i nadęcie.

Dobrze mi było samej ze sobą. To nowość, ale nie porównuj się powtarzane jak mantra w końcu zaczęło działać. Pokochałam jogę i całe to wsłuchiwanie się we własne ciało. Świadome oddychanie i skłony dokładnie takie, na jakie pozwala mi dziś nastrój. Pół roku temu wyrzucałam z siebie, że nie oczekuję jakiejkolwiek pomocy, bo moje życie wymaga mojej własnej interwencji. Tylko sześć miesięcy ta wypowiedziana mądrość wędrowała po zwojach mojego mózgu, żeby w końcu dotrzeć do miejsca, które tak naprawdę rozumie to co powiedziałam.

A luty to podobno najlepszy czas na zmiany. Niezastąpiona Grażyna Dobroń radzi zrzucić wtedy zbędne zimowe kilogramy i przygotować się na wiosnę. Ale nadprogramowe tony myśli też można chyba wtedy wyrzucić.

____________________________________________________________________


Nie wiem czego chcę. To chyba największy problem. I chyba najstarszy.